Parafialne dziękczynienie za plony i zbiory

19 sierpnia w Wierzbnie nasi parafianie bardzo licznie przybyli na Eucharystię, aby dziękować Panu Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu za Jego hojne błogosławieństwo i siły do pracy, za stałą opiekę nad nami i ochronę przed różnymi kataklizmami. Dożynki Parafialne są szczególną formą wdzięczności Opatrzności Bożej. Chcemy być wierni szlachetnej polskiej tradycji i dlatego przynosimy do kościoła piękne korony, wieńce i bukiety zbóż, owoców, warzyw i kwiatów.  W Starym Przymierzu Izraelici przynosili do świątyni dziesięcinę, a obecnie wieńce, wykonane z dużym nakładem sił i pomysłowości, są naszym przejawem wdzięcznej miłości wobec Pana Boga.

Z całego serca dziękuję wszystkim parafianom i ludziom o wielkim sercu za zaangażowanie w organizację Dożynek Parafialnych w roku Jubileuszu 100 Niepodległości. Dziękuję za przygotowanie przepięknych wieńców. Niektóre z nich były prawdziwymi arcydziełami, choćby misterny kielich wykonany przez mieszkańców Sobonia, przepiękny orzeł z kłosów przyniesiony przez rolników z Jaworka, wóz dożynkowy ze źrebakiem w zaprzęgu (od Cierpiąt) i ziarnem zbóż wyłożony traktor z wozem, na którym jedzie delegacja dożynkowa (od mieszkańców Janówka). Podziwiałem artystyczne talenty naszych parafian. Starostami dożynek w tym roku byli: p. Hanna Tomkiewicz i p. Włodzimierz Jasiński ze Świdna.

Po dziękczynnej Mszy św. w uroczystej procesji przeszliśmy do ołtarza polowego, aby uczestniczyć w części artystycznej. Obok sceny zostały umieszczone bele słomy w kształcie wielkie „setki” na tle biało-czerwonej flagi. Pani Wójt Hanna Kelleher dziękowała rolnikom za ich ciężką i ofiarną pracę. Wiele radości dostarczyła zebranym parafianom i gościom prezentacja wieńców i bukietów dożynkowych. Przedstawiciele poszczególnych miejscowości zebrali (otrzymali) gorące owacje. Wszystkim spodobała się wesoła scenka kiszenia kapusty. Potem z uwagą wysłuchaliśmy koncertu  pieśni patriotycznych w wykonaniu p. Moniki Mróz z Jaworka. Zwieńczeniem uroczystości był konkurs znajomości owoców, warzyw, zbóż oraz wiedzy rolniczej, przeprowadzony przez p. Małgorzatę Wąsowską i Kasię Leszczyńską. Nagrodami okazały się zbiory (plony) naszych pół i ogrodów. Z serca wyrażam wielką wdzięczność parafianom, którzy ujawnili swoje pomysły i ukryte talenty. Takie spotkanie buduje wspólnotę Kościoła parafialnego.

Życzę, abyśmy chętnie i jak najliczniej gromadzili się w każdą niedzielę na dziękczynieniu Panu Bogu w naszej świątyni. Dziękczynienie zawsze napełnia serca pokojem i radością. Wiemy, że każda Eucharystia jest naszym wspólnym dziękczynieniem.                                                 

Z wdzięcznością – ks. Kazimierz.

 

Powiew Kościoła misyjnego

Wierzbno powoli staje się maleńką przystanią. Na chwilę przybijają do niej duchowni i świeccy, którzy: „Idą  na cały świat i nauczają wszystkie narody”. Na kilka dni przyjeżdżają do ojczystego kraju (zahaczając  o Wierzbno), by ponownie wrócić do odległych o tysiące kilometrów miejscowości i tam realizować swoje szczególne powołanie. Ksiądz Jarosław Dziedzic i ksiądz Wojciech Matuszewski gościli u nas kilkakrotnie, możemy traktować ich jako przyjaciół parafii, inni  dopiero odkrywają drogi wiodące do Wierzbna i wierzymy, że przybędą do nas jeszcze nie raz. Każde spotkanie z nimi jest dla nas okazją do poznawania innego oblicza Kościoła Powszechnego, wspólnot wiernych dopiero poznających Boga lub odkrywających Go na nowo.

5 sierpnia gościliśmy księdza Tomasza Denickiego. Od października 2012 roku pracuje w Boliwii. Początkowo w miejscowości Bulo – Bulo, a od 2014 jest proboszczem parafii katedralnej w Aiquile i jednocześnie pełni funkcję kanclerza Kurii Diecezjalnej. Oprócz miasta Aiquile, do parafii ks. Tomasza należy 98 wiosek rozrzuconych po górskich terenach Andów. By dotrzeć do swoich parafian mieszkających w najbardziej odległych miejscowościach musi jechać  ok. 3 godzin samochodem i dalej wędrować  pieszo. Dla wielu mieszkańców tych górskich miejscowości spotkanie z księdzem Denickim było  pierwszym od piętnastu, dwudziestu lat spotkaniem z kapłanem. Eucharystia, sakrament pokuty i inne sakramenty często pozostają dla nich w sferze trudnych do zrealizowania marzeń.

Jak wygląda praca kapłana na misjach? Jak opowiadał nasz gość, realizuje takie same zadania, jak każdy kapłan w każdym miejscu na ziemi, ale w diametralnie innych niż nasze polskie czy europejskie warunkach. Różnice klimatyczne, kulturowe czy ekonomiczne, z jakimi spotykają się duchowni   stawiają wysoko  poprzeczkę dla ich misyjnej działalności. Nie jest łatwo głosić Słowo Boże w tym tropikalnym klimacie, wśród ludzi dla których czas jest pojęciem względnym, gdzie nie zawsze racjonalnie daje się wytłumaczyć podejmowane przez miejscowych decyzje i wybory, gdy spotkanie z daleko mieszkającą wspólnotą staje się prawdziwą wyprawą. Wraca z nich spalony słońcem, podrapany cierniami, pogryziony przez tysiące komarów „z odciskami na stopach”, zakurzony, zmęczony. Dodatkową trudnością, o której wspominał ksiądz Tomasz jest mieszanie się wiary chrześcijańskiej z pogańskimi zwyczajami miejscowych Indian. Długa nieobecność kapłanów sprawiła, że odżyły dawne wierzenia i zwyczaje. Często  zaskakują one misjonarza i wymagają od niego  dyplomacji. Jednym z przykładów podanych przez księdza Tomasza jest zwyczaj urządzania w domu zmarłego gościny przy otwartej trumnie. Ksiądz przybyły, by sprawować ceremoniał pogrzebowy, musi najpierw poczęstować się przygotowanym posiłkiem. Wysokie temperatury, duża wilgotność  powietrza powodują bardzo szybkie zmiany ciała zmarłych. A tu jedzenie. Odmowa potraktowana byłaby jako obraza….

 Inny świat, inni ludzie, inna mentalność  i parafrazując  – trudny świat , trudna codzienność. Taka pierwsza refleksja  może zrodzić się w świadomości  słuchających  relacji misjonarza. W niektórych momentach opowieść księdza Tomasza brzmiała jak fragment powieści przygodowej na pograniczu z powieścią sensacyjną.  Nie jest łatwo, ale jak zaznaczył nasz gość, wszelkie te trudności i przeszkody bledną wobec jednego – wielkiego pragnienia Boga i kapłanów w jego andyjskiej parafii. To uskrzydla,  to dodaje sił. Tych ludzkich, fizycznych. A duchowo towarzyszy mu świadomość modlitewnego wsparcia płynąca przez rozległy ocean od rodziny, znajomych, przyjaciół i tych, którym na sercu leży niesienie Dobrej Nowiny do wszystkich zakątków kuli ziemskiej. Jak podkreślił taka modlitwa jest dla niego bardzo ważna i jest mu bardzo potrzebna. Także na nas, parafian z Wierzbna, liczy. Nie powinien się zawieść. Postaramy się pamiętać o księdzu misjonarzu Tomaszu Denickimi, o jego posłudze i parafianach w Boliwii codziennych modlitwach.

Małgorzata Wąsowska

Kazachstan: Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Oziornom

Czas urlopu, wakacje to szansa, aby oderwać się na chwilę od codziennych spraw i obowiązków, aby nabrać nieco dystansu i zregenerować się duchowo i fizycznie. Wielu pragnie duchowo odpocząć i w tym celu udają się np. do sanktuariów Matki Bożej. W Polsce fenomenem są piesze pielgrzymki zdążające do Matki Bożej na Jasną Górę, swoiste rekolekcje w drodze, gdzie pątnicy w trudzie i znoju zanoszą do Boga swoje intencje przez ręce Matki, „która wszystko rozumie”. Osobiście, jestem wdzięczny Panu Bogu za kilkudniowy pobyt w Kazachstanie. Mogłem odwiedzić kilka katolickich parafii: w Astanie, Karagandzie, Szczucińskie, Pietropałowsku i w Oziornom. Najbardziej zapadło mi w serce spotkanie z Polakami w Oziornom w sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest to narodowe sanktuarium katolików Kazachstanu, odpowiednik naszej Częstochowy.

7 i 8 lipca w Oziornom odbyły się wielkie uroczystości: jubileusz 25-lecia poświęcenia kościoła i odpust Matki Bożej Królowej Pokoju. W przeddzień odpustu dotarła do Oziornego grupa pielgrzymów (około 50 osób) z Kellerowki. „Musieli przejść po stepie ponad 30 km. „Niestety zabłądzili, – z uśmiechem opowiada kustosz i proboszcz, ks. Wojciech Matuszewski -, ponieważ  na jednym ze stepowych rozwidleń poszli w niewłaściwą stronę i musieli trochę nadłożyć drogi”. W sobotę po uroczystej Mszy świętej za zmarłych budowniczych kościoła, biskup Atanazy Sznajder poświęcił figurę św. Józefa. Ks. Wojciech jest wewnętrznie przekonany o szczególnej opiece i wstawiennictwie św. Józefa w wielu sprawach duszpasterskich. W niedzielę na odpustowej sumie, przy ołtarzu polowym  w kształcie jurty, zgromadziło się kilkaset osób. Głównym celebransem był nuncjusz apostolski abp Franciszek, a także metropolita Astany, abp Tomasz Peta i bp Atanazy Sznajder. Wśród dostojnych gości  byli Piotr Ciołkiewicz i Mariusz Drapikowski – twórcy ołtarza Gwiazda Kazachstanu, a także przedstawiciele władz państwowych, wojewódzkich i rejonowych.  Po Eucharystii już czekał pyszny odpustowy obiad: barszcz i ziemniaki z duszoną kapustą. Parafianki przygotowały obiad dla 450 osób. Była także możliwość degustacji wędzonego ratana, smacznej oziornowskiej ryby.

Przybyłem do Oziornego już po tych uroczystościach. Jestem pod wrażeniem tego miejsca, które mnie urzekło pod wieloma względami. Jest to niewielka miejscowość na stepie, oddalona 33 km od asfaltowej drogi. Jej mieszkańcy to w przeważającej mierze Polacy, przewiezieni w stepy Kazachstanu w 1936 roku z kresów Rzeczypospolitej i Ukrainy. Z wielkim podziwem przyjmuję fakt, że od ponad 20 lat katolicy w Oziornom całymi dniami modlą się przed Najświętszym Sakramentem. Obecnie  mieszka tam niewiele ponad 350 osób. Niesamowite, że od 2007 r. w tej wiosce nad jeziorem Siostry Karmelitanki Bose założyły klasztor i wypraszają miłosierdzie Boże dla całego świata. Zdumiewa też fakt, że w czerwcu 2014 roku właśnie w Oziornom, a nie np. w Karagandzie, czy Astanie, został umieszczony ołtarz Maryi Gwiazdy Kazachstanu. Symbolizuje on jedną z 12 gwiazd w koronie Maryi Królowej Pokoju. Monstrancja przedstawia Maryję z sieciami ryb, trzymającą na ręku Jezusa, a Najświętsza Hostia jest głową Pana Jezusa. Tu codziennie od godz. 9.00 do 18.00 parafianie wraz z ks. Wojciechem i siostrami Służebniczkami modlą się o pokój na świecie, o pomyślność dla Kazachstanu i o miłość w rodzinach.

Ks. Wojciech, gorliwy duszpasterz, wszelkimi sposobami stara się umacniać swoich parafian w wierze. Zimą odwiedził prawie wszystkie domy w Oziornom, aby lepiej poznać mieszkańców, porozmawiać z nimi, poznać ich troski i oczekiwania. W Wielkim Poście  parafianie gorliwie zaangażowali się w misje parafialne. Cieszy, że 9 dorosłych przygotowało się do pierwszej spowiedzi i Komunii św. oraz kilka par małżeńskich zawarło sakramentalny związek. Teraz w wakacje siostry Służebniczki: s. Lidia i s. Tatiana prowadzą obozy letnie dla dzieci z Oziornego i wiosek dojazdowych w promieniu do 50 km. Dużą pomoc okazują wolontariusze z Polski: Zuzia i Szymon, którzy z radością i zapałem podejmują wszelkie zadania.

W miejscowej szkole jest sala muzealna, poświęcona historii Polaków deportowanych tu w 1936 roku z Ukrainy. W gablocie udało się znaleźć wspomnienia niektórych zesłańców. Pozwolę sobie przytoczyć kilka z nich. Anna Iwanowna Białas (1920-2010) napisała: „W Chmielnickim rejonie, na Ukrainie mieliśmy wszystko: dom, ogród, gospodarstwo. W 1936 r. zabrali nam paszporty i oznajmili, że nasza rodzina ma zostać przesiedlona. Pod eskortą milicji odwieźli nas na stację kolejową. Tak rozpoczęła się nasza straszna droga na Wschód. Moje siostry: Marysia i Bronia urodziły się już w Kazachstanie. Mój brat Antoni nie wrócił z frontu, zginął na wojnie. Ciągle żyliśmy w strachu…”.

Iwan Pawenski wspomina: „Urodziłem się na Ukrainie w Tarnarudzie w Wołoczynskim rejonie. W maju 1936 r. zakomunikowano nam, że naszą rodzinę wysiedlają. Mieliśmy kilka dni za spakowanie ubrań, żywności i dobytku. Żegnaj rodzinna wiosko. A przecież przeżyłem tu 16 lat. Dnia 18 czerwca 1936 r. pociąg zatrzymał się na stacji Tainsza. Wyszliśmy z wagonów, aby się rozejrzeć. Ogarnęło nas przerażenie. Zobaczyliśmy przed sobą goły step. Po jakimś czasie załadowali nas w towarowe wagony i wkrótce byliśmy u celu. Bezkresny step, a w stepie paliki, które pokazywały, że tu będzie nasze zamieszkanie. Wiosną przyjechało około 700 rodzin. Pierwszym schronieniem były namioty 100-150 m długości. Do namiotu można było wziąć tylko łóżko i stół. Tak rozpoczęło się nasze życie – życie zesłańców”.   

Iwan Kucza relacjonował: „Na bezgranicznym, gołym stepie stała studnia i brezentowe namioty. Było ich sztuk 20. W każdym osiedlali 10-15 rodzin”.

Na stepie Polacy zaczęli budować ziemlanki z tzw. samana, czyli suszonej na słońcu gliny, przemieszanej z suchą trawą. Podłoga i dach były z ziemi. W jednej ziemlance mieszkało zwykle 2-3 rodziny, czyli około 20 osób. Kazachowie przywozili deski i zamieniali za ubrania i naczynia. Komuniści utworzyli tam kołchoz „Krasnaja zaria” (Czerwona zorza). Ludzie orali ziemię własnoręcznie. Nie było żadnej maszyn. Zesłańcy musieli znosić twarde warunki życia. Zima roku 1936-37 była szczególnie surowa. Polacy nie przyzwyczajeni do tego klimatu często chorowali. Bywało, że dziennie z głodu i chłodu umierało do 15 osób, szczególnie dzieci. Na początku 1938 roku w Oziornom żyło 1559 osób (dane ze spisu ludności). W 1937 r. zaczęły się represje: nocą podjeżdżał czarny samochód nazywany czarną wroną i wywozili ludzi. Władysław Korczyński wspomina, że sąsiada wywieźli bez śladu, ponieważ zaśpiewał: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Babcia Luba wspomina: „Nieustannie żyliśmy w strachu. Wielu z naszych stało się ofiarami stalinowskich represji. Zakazali się modlić. Zakazali wieszać w domach ikony”.

Zima 1940-41 roku była bardzo śnieżna i wiosną wody roztopowe zalały nizinę obok wioski. Powstało jezioro, a w nim pojawiło się mnóstwo ryb. I właśnie te ryby wybawiły od śmierci głodowej nie tylko mieszkańców Oziornego ale i ludzi żyjących w oddalonych rejonach. Okazało się to ratunkiem dla głodujących ludzi. „To był cud ocalenia wyproszony na różańcu u Maryi, Matki Bożej i naszej Matki” – przekonuje babcia Mania. Obecnie jezioro ma około 7 km długości i kilka metrów głębokości. Według przekazu najstarszych mieszkańców to jezioro powstało 25 marca 1941 r. w święto Zwiastowania Pańskiego. Niesamowite, że czasami ono wysycha (np. w 1958 r. czy w 1980 r.), by znów się pojawić. Od 2016 r. znowu zachwyca swoją wielkością i przyciąga wielu rybaków. Władysław Korczyński mówił o przyjemności łowienia ryb, szczególnie zimą w przerębli. Zadziwia, że zimą może na tym jeziorze łowić nawet 200 rybaków i dla wszystkich wystarczy ryb. Mogliśmy poczęstować się smażoną rybą: ratanem albo okoniem.

Jako wotum wdzięczności, 24 czerwca 1997 roku na wyspie na tym jeziorze została umieszczona figura Matki Bożej z rybami, którą poświęcił św. Jan Paweł II. Wcześniej, bo w maju 1990 roku dzięki inicjatywie samych mieszkańców Oziornego zaczęła się budowa kościoła. Pierwszym proboszczem tutejszej parafii został ks. Tomasz Peta, obecny arcybiskup i metropolita Astany. W trzy lata później biskup Jan Paweł Lenga konsekrował świątynię i ogłosił Maryję – Królową świata i Patronką Kazachstanu. A w 1998 roku na Wołynskiej Sopce (12 km od Oziornego) został wzniesiony krzyż upamiętniający ofiary komunistycznych represji.

Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Oziornom to szczególne miejsce. Chociaż to wioska na stepie, to nie zapomniana. Przybywa tu wiele osób, aby się pomodlić i poznać historię tego miejsca. Prezydent Kazachstanu Nursultan Nazarbajew obiecał zrobić asfaltową drogę do Oziornego, aby i  turyści i wierzący mogli tam swobodnie dojechać. Ks. Wojciech Matuszewski staje przed nowym wyzwaniem. Szuka sponsorów i zaczyna remontować zniszczony budynek po przedszkolu. Planuje przekształcić go w Dom Pielgrzyma.

I tak w sercu kazachskiego stepu kwitnie kult Maryi. Ogromna w tym zasługa Polaków. Tych, którzy wbrew własnej woli znaleźli się w tym miejscu i tych, którzy Kazachstan wybrali na miejsce swej duszpasterskiej posługi. Otoczmy szczerą modlitwą ks. Wojciecha Matuszewskiego i Polaków z Oziornego.

Chwała Bogu za Jego wielkie dzieła. Z modlitwą – ks. Kazimierz Jóźwik

Spotkanie ze świecką misjonarką

W niedzielę 8 lipca gościliśmy w naszej wspólnocie misjonarkę Katarzynę Parnicką. Jej cicha obecność na Eucharystii i żywe świadectwo, jako świeckiej misjonarki posługującej na misjach w Paragwaju, poruszyło serca wielu parafian. Misjonarze są szczególnym bogactwem Kościoła, ponieważ są na pierwszej linii frontu budowania Królestwa Bożego.

Katarzyna Parnicka pochodzi z Białej Podlaskiej i po rocznym przygotowaniu Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, w 2013 roku wyjechała do Boliwii. Przez cztery lata służyła w Bulo Bulo, gdzie pracują kapłani z diecezji siedleckiej. W Bulo Bulo była administratorem i katechetką w  internacie dla dziewcząt, aby je dobrze przygotowywać do odpowiedzialnego życia według zasad Ewangelii. W 2017 roku Katarzyna przejechała do Paragwaju i posługuje w Pastoreo w misji prowadzonej przez ojców werbistów. Obecnie pracuje w szkole rolniczej, prowadzonej przez misjonarzy. Około 120 chłopców i 30 dziewcząt (w wieku 15-18 lat) uczy się w tej szkole jak uprawiać rolę, obsługiwać maszyny i narzędzia rolnicze, jak należy hodować drób, świnie i bydło. Katarzyna „spala się”, służąc młodzieży. Zajmuje się katechezą, przygotowaniem do sakramentów św., podejmuje zadania terapeuty i pedagoga szkolnego oraz prowadzi praktyczne zajęcia z zakresu przetwórstwa. Dużym problemem była w ostatnich latach dewastacja tej szkoły przez  osadników paragwajskich. Obecnie sytuacja poprawiła się. Niedawno władze państwowe znów oddały tę placówkę pod opiekę ojców werbistów.
Misjonarka Katarzyna Parnicka nie jest siostrą zakonną czy osobą konsekrowaną, dlatego tym bardziej potrzebuje modlitewnego wsparcia. Ogromnie ceni sobie modlitwę różańcową, którą porównała do parasola. Jak on stanowi dla nas ochronę przed deszczem, tak różaniec jest obroną przed atakami szatana. Prosiła o takie właśnie modlitewne wsparcie z naszej strony.
Moi Drodzy, od dnia przyjęcia Sakramentu Chrztu świętego każdy z nas należy do Kościoła Katolickiego. Nie zawsze łatwo jest odnaleźć  w nim swoje miejsce. Zapał i entuzjazm, z jakim Katarzyna mówiła o swojej niełatwej pracy, spokój, którym emanowała cała jej osoba, mogą stanowić ciekawy materiał do przemyśleń nad rolą każdego z nas w Kościele Powszechnym. Z dala od rodzinnego domu, ugruntowanych przyjaźni, tego co często usprawiedliwia młodzieńcze zachowania można z pasją służyć Panu Bogu i drugiemu człowiekowi, realizować się. Katarzyna jest tego przykładem. Być może przykład jej misyjnej posługi pomoże komuś zainteresować się misjami. Dla Chrystusa każdy z nas jest ważny i potrzebny. Wszyscy budujemy Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa i zadań jest bardzo dużo. Apostoł Paweł, posługując się porównaniem, że jak w organizmie ludzkim jest tyle tkanek i narządów (oczy, uszy, ręce, nogi…) niezbędnych dla dobrego funkcjonowania, wskazał, że i w Kościele nie można być tylko pasywnym chrześcijaninem. „Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi Jego członkami” (1 Kor 12,27).
Ufam, że modlitwą (choćby jednym dziesiątkiem różańca) wesprzemy misjonarkę Katarzynę i innych misjonarzy, aby nieśli miłość Chrystusa  i Jego Ewangelię tam, gdzie są posłani.

– z zapewnieniem modlitwy – ks. Kazimierz Jóźwik.

Spotkanie z Matką Bożą

Tuż po zakończeniu roku szkolnego, 23 czerwca, udaliśmy się wraz z rodzicami i dziećmi komunijnymi do Matki Bożej na Jasną Górę. Z serca pragnęliśmy podziękować za wszelkie otrzymane łaski i za Jej macierzyńską opiekę, zawierzyć nasze rodziny i całą Ojczyznę. Z pewnością na długo pozostanie w naszych sercach Eucharystia przed cudownym Obrazem Matki Bożej. Dzięki wytrwałości pani Marty Korzeniak, naszej katechetki, dzieci mogły być na Mszy św. bardzo blisko oblicza Czarnej Madonny. Po obiedzie mogliśmy podziwiać panoramę Częstochowy z wieży Klasztoru Jasnogórskiego. Potem zwiedziliśmy Skarbiec i Arsenał. Pomimo siąpiącego deszczu odprawiliśmy na wałach drogę krzyżową. Duże wrażenie wywarły na mnie liczne rzesze mężczyzn, którzy przybyli do tronu Jasnogórskiej Pani w Narodowej Pielgrzymce Mężczyzn. Przed wyjazdem z Częstochowy przedstawiliśmy Maryi wszystkie intencje, w modlitwie różańcowej i obeszliśmy na kolanach ołtarz w kaplicy Cudownego Obrazu. Dobrze jest nam u Matki, która „wszystko rozumie i sercem ogarnia każdego z nas” – jak śpiewamy w znanej pieśni.

W drodze powrotnej zajechaliśmy do Gidli, gdzie w Bazylice Dominikanów jest czczona Matka Boża Gidelska Uzdrowienie Chorych. Zapoznaliśmy się nieco z historią objawień Matki Bożej w tym miejscu w 1516 roku. Otóż pewien rolnik, Jan Czeczek, wyorał na polu niewielką figurkę Matki Bożej z Dziecięciem. Nie przywiązał do tego większego znaczenia, zaniósł do chaty i umieścił w skrzyni z odzieżą. Wkrótce wydarzyło się nieszczęście. On i jego rodzina utracili wzrok. Wówczas pobożna kobieta, która pomagała nieszczęśliwym, zainteresowała się cudowną wonią i światłością bijącą ze skrzyni. Opowiedziała o wszystkim gidelskiemu proboszczowi i odtąd rozpoczął się czas publicznej czci oddawanej Maryi w tym wizerunku. Posążek obmyto z prochu ziemi i przeniesiono do kościoła parafialnego. Wodą, która pozostała po obmyciu, Czeczkowie przetarli swe oczy i natychmiast odzyskali wzrok. Na pamiątkę tego wydarzenia zachował się do dziś zwyczaj „kąpiółki”, to znaczy ceremonialnego obmywania raz w roku figurki w winie. W pełnym ufności i pobożnym przeświadczeniu pątnicy używają wina z tej „kąpiółki” na znak swojej wiary w moc Tej, którą nazywają Uzdrowieniem chorych.

Wszyscy nasi pielgrzymi mogli się zaopatrzyć w małe buteleczki z tym winem, w którym obmyto figurkę Matki Bożej Gidelskiej. Z wdzięcznością za spotkanie z Matką Bożą radośni wróciliśmy do Wierzbna. W  drodze powrotnej wielu z nas wyraziło pragnienie odbycia kolejnej pielgrzymki. Jeśli Pan Bóg pozwoli, to 15 i 16 września udamy się do Krakowa w Pielgrzymce Jubileuszowej naszej diecezji.

Z wdzięcznością – ks. Kazimierz Jóźwik