Kazachstan: Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Oziornom

Czas urlopu, wakacje to szansa, aby oderwać się na chwilę od codziennych spraw i obowiązków, aby nabrać nieco dystansu i zregenerować się duchowo i fizycznie. Wielu pragnie duchowo odpocząć i w tym celu udają się np. do sanktuariów Matki Bożej. W Polsce fenomenem są piesze pielgrzymki zdążające do Matki Bożej na Jasną Górę, swoiste rekolekcje w drodze, gdzie pątnicy w trudzie i znoju zanoszą do Boga swoje intencje przez ręce Matki, „która wszystko rozumie”. Osobiście, jestem wdzięczny Panu Bogu za kilkudniowy pobyt w Kazachstanie. Mogłem odwiedzić kilka katolickich parafii: w Astanie, Karagandzie, Szczucińskie, Pietropałowsku i w Oziornom. Najbardziej zapadło mi w serce spotkanie z Polakami w Oziornom w sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest to narodowe sanktuarium katolików Kazachstanu, odpowiednik naszej Częstochowy.

7 i 8 lipca w Oziornom odbyły się wielkie uroczystości: jubileusz 25-lecia poświęcenia kościoła i odpust Matki Bożej Królowej Pokoju. W przeddzień odpustu dotarła do Oziornego grupa pielgrzymów (około 50 osób) z Kellerowki. „Musieli przejść po stepie ponad 30 km. „Niestety zabłądzili, – z uśmiechem opowiada kustosz i proboszcz, ks. Wojciech Matuszewski -, ponieważ  na jednym ze stepowych rozwidleń poszli w niewłaściwą stronę i musieli trochę nadłożyć drogi”. W sobotę po uroczystej Mszy świętej za zmarłych budowniczych kościoła, biskup Atanazy Sznajder poświęcił figurę św. Józefa. Ks. Wojciech jest wewnętrznie przekonany o szczególnej opiece i wstawiennictwie św. Józefa w wielu sprawach duszpasterskich. W niedzielę na odpustowej sumie, przy ołtarzu polowym  w kształcie jurty, zgromadziło się kilkaset osób. Głównym celebransem był nuncjusz apostolski abp Franciszek, a także metropolita Astany, abp Tomasz Peta i bp Atanazy Sznajder. Wśród dostojnych gości  byli Piotr Ciołkiewicz i Mariusz Drapikowski – twórcy ołtarza Gwiazda Kazachstanu, a także przedstawiciele władz państwowych, wojewódzkich i rejonowych.  Po Eucharystii już czekał pyszny odpustowy obiad: barszcz i ziemniaki z duszoną kapustą. Parafianki przygotowały obiad dla 450 osób. Była także możliwość degustacji wędzonego ratana, smacznej oziornowskiej ryby.

Przybyłem do Oziornego już po tych uroczystościach. Jestem pod wrażeniem tego miejsca, które mnie urzekło pod wieloma względami. Jest to niewielka miejscowość na stepie, oddalona 33 km od asfaltowej drogi. Jej mieszkańcy to w przeważającej mierze Polacy, przewiezieni w stepy Kazachstanu w 1936 roku z kresów Rzeczypospolitej i Ukrainy. Z wielkim podziwem przyjmuję fakt, że od ponad 20 lat katolicy w Oziornom całymi dniami modlą się przed Najświętszym Sakramentem. Obecnie  mieszka tam niewiele ponad 350 osób. Niesamowite, że od 2007 r. w tej wiosce nad jeziorem Siostry Karmelitanki Bose założyły klasztor i wypraszają miłosierdzie Boże dla całego świata. Zdumiewa też fakt, że w czerwcu 2014 roku właśnie w Oziornom, a nie np. w Karagandzie, czy Astanie, został umieszczony ołtarz Maryi Gwiazdy Kazachstanu. Symbolizuje on jedną z 12 gwiazd w koronie Maryi Królowej Pokoju. Monstrancja przedstawia Maryję z sieciami ryb, trzymającą na ręku Jezusa, a Najświętsza Hostia jest głową Pana Jezusa. Tu codziennie od godz. 9.00 do 18.00 parafianie wraz z ks. Wojciechem i siostrami Służebniczkami modlą się o pokój na świecie, o pomyślność dla Kazachstanu i o miłość w rodzinach.

Ks. Wojciech, gorliwy duszpasterz, wszelkimi sposobami stara się umacniać swoich parafian w wierze. Zimą odwiedził prawie wszystkie domy w Oziornom, aby lepiej poznać mieszkańców, porozmawiać z nimi, poznać ich troski i oczekiwania. W Wielkim Poście  parafianie gorliwie zaangażowali się w misje parafialne. Cieszy, że 9 dorosłych przygotowało się do pierwszej spowiedzi i Komunii św. oraz kilka par małżeńskich zawarło sakramentalny związek. Teraz w wakacje siostry Służebniczki: s. Lidia i s. Tatiana prowadzą obozy letnie dla dzieci z Oziornego i wiosek dojazdowych w promieniu do 50 km. Dużą pomoc okazują wolontariusze z Polski: Zuzia i Szymon, którzy z radością i zapałem podejmują wszelkie zadania.

W miejscowej szkole jest sala muzealna, poświęcona historii Polaków deportowanych tu w 1936 roku z Ukrainy. W gablocie udało się znaleźć wspomnienia niektórych zesłańców. Pozwolę sobie przytoczyć kilka z nich. Anna Iwanowna Białas (1920-2010) napisała: „W Chmielnickim rejonie, na Ukrainie mieliśmy wszystko: dom, ogród, gospodarstwo. W 1936 r. zabrali nam paszporty i oznajmili, że nasza rodzina ma zostać przesiedlona. Pod eskortą milicji odwieźli nas na stację kolejową. Tak rozpoczęła się nasza straszna droga na Wschód. Moje siostry: Marysia i Bronia urodziły się już w Kazachstanie. Mój brat Antoni nie wrócił z frontu, zginął na wojnie. Ciągle żyliśmy w strachu…”.

Iwan Pawenski wspomina: „Urodziłem się na Ukrainie w Tarnarudzie w Wołoczynskim rejonie. W maju 1936 r. zakomunikowano nam, że naszą rodzinę wysiedlają. Mieliśmy kilka dni za spakowanie ubrań, żywności i dobytku. Żegnaj rodzinna wiosko. A przecież przeżyłem tu 16 lat. Dnia 18 czerwca 1936 r. pociąg zatrzymał się na stacji Tainsza. Wyszliśmy z wagonów, aby się rozejrzeć. Ogarnęło nas przerażenie. Zobaczyliśmy przed sobą goły step. Po jakimś czasie załadowali nas w towarowe wagony i wkrótce byliśmy u celu. Bezkresny step, a w stepie paliki, które pokazywały, że tu będzie nasze zamieszkanie. Wiosną przyjechało około 700 rodzin. Pierwszym schronieniem były namioty 100-150 m długości. Do namiotu można było wziąć tylko łóżko i stół. Tak rozpoczęło się nasze życie – życie zesłańców”.   

Iwan Kucza relacjonował: „Na bezgranicznym, gołym stepie stała studnia i brezentowe namioty. Było ich sztuk 20. W każdym osiedlali 10-15 rodzin”.

Na stepie Polacy zaczęli budować ziemlanki z tzw. samana, czyli suszonej na słońcu gliny, przemieszanej z suchą trawą. Podłoga i dach były z ziemi. W jednej ziemlance mieszkało zwykle 2-3 rodziny, czyli około 20 osób. Kazachowie przywozili deski i zamieniali za ubrania i naczynia. Komuniści utworzyli tam kołchoz „Krasnaja zaria” (Czerwona zorza). Ludzie orali ziemię własnoręcznie. Nie było żadnej maszyn. Zesłańcy musieli znosić twarde warunki życia. Zima roku 1936-37 była szczególnie surowa. Polacy nie przyzwyczajeni do tego klimatu często chorowali. Bywało, że dziennie z głodu i chłodu umierało do 15 osób, szczególnie dzieci. Na początku 1938 roku w Oziornom żyło 1559 osób (dane ze spisu ludności). W 1937 r. zaczęły się represje: nocą podjeżdżał czarny samochód nazywany czarną wroną i wywozili ludzi. Władysław Korczyński wspomina, że sąsiada wywieźli bez śladu, ponieważ zaśpiewał: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Babcia Luba wspomina: „Nieustannie żyliśmy w strachu. Wielu z naszych stało się ofiarami stalinowskich represji. Zakazali się modlić. Zakazali wieszać w domach ikony”.

Zima 1940-41 roku była bardzo śnieżna i wiosną wody roztopowe zalały nizinę obok wioski. Powstało jezioro, a w nim pojawiło się mnóstwo ryb. I właśnie te ryby wybawiły od śmierci głodowej nie tylko mieszkańców Oziornego ale i ludzi żyjących w oddalonych rejonach. Okazało się to ratunkiem dla głodujących ludzi. „To był cud ocalenia wyproszony na różańcu u Maryi, Matki Bożej i naszej Matki” – przekonuje babcia Mania. Obecnie jezioro ma około 7 km długości i kilka metrów głębokości. Według przekazu najstarszych mieszkańców to jezioro powstało 25 marca 1941 r. w święto Zwiastowania Pańskiego. Niesamowite, że czasami ono wysycha (np. w 1958 r. czy w 1980 r.), by znów się pojawić. Od 2016 r. znowu zachwyca swoją wielkością i przyciąga wielu rybaków. Władysław Korczyński mówił o przyjemności łowienia ryb, szczególnie zimą w przerębli. Zadziwia, że zimą może na tym jeziorze łowić nawet 200 rybaków i dla wszystkich wystarczy ryb. Mogliśmy poczęstować się smażoną rybą: ratanem albo okoniem.

Jako wotum wdzięczności, 24 czerwca 1997 roku na wyspie na tym jeziorze została umieszczona figura Matki Bożej z rybami, którą poświęcił św. Jan Paweł II. Wcześniej, bo w maju 1990 roku dzięki inicjatywie samych mieszkańców Oziornego zaczęła się budowa kościoła. Pierwszym proboszczem tutejszej parafii został ks. Tomasz Peta, obecny arcybiskup i metropolita Astany. W trzy lata później biskup Jan Paweł Lenga konsekrował świątynię i ogłosił Maryję – Królową świata i Patronką Kazachstanu. A w 1998 roku na Wołynskiej Sopce (12 km od Oziornego) został wzniesiony krzyż upamiętniający ofiary komunistycznych represji.

Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Oziornom to szczególne miejsce. Chociaż to wioska na stepie, to nie zapomniana. Przybywa tu wiele osób, aby się pomodlić i poznać historię tego miejsca. Prezydent Kazachstanu Nursultan Nazarbajew obiecał zrobić asfaltową drogę do Oziornego, aby i  turyści i wierzący mogli tam swobodnie dojechać. Ks. Wojciech Matuszewski staje przed nowym wyzwaniem. Szuka sponsorów i zaczyna remontować zniszczony budynek po przedszkolu. Planuje przekształcić go w Dom Pielgrzyma.

I tak w sercu kazachskiego stepu kwitnie kult Maryi. Ogromna w tym zasługa Polaków. Tych, którzy wbrew własnej woli znaleźli się w tym miejscu i tych, którzy Kazachstan wybrali na miejsce swej duszpasterskiej posługi. Otoczmy szczerą modlitwą ks. Wojciecha Matuszewskiego i Polaków z Oziornego.

Chwała Bogu za Jego wielkie dzieła. Z modlitwą – ks. Kazimierz Jóźwik

Spotkanie ze świecką misjonarką

W niedzielę 8 lipca gościliśmy w naszej wspólnocie misjonarkę Katarzynę Parnicką. Jej cicha obecność na Eucharystii i żywe świadectwo, jako świeckiej misjonarki posługującej na misjach w Paragwaju, poruszyło serca wielu parafian. Misjonarze są szczególnym bogactwem Kościoła, ponieważ są na pierwszej linii frontu budowania Królestwa Bożego.

Katarzyna Parnicka pochodzi z Białej Podlaskiej i po rocznym przygotowaniu Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, w 2013 roku wyjechała do Boliwii. Przez cztery lata służyła w Bulo Bulo, gdzie pracują kapłani z diecezji siedleckiej. W Bulo Bulo była administratorem i katechetką w  internacie dla dziewcząt, aby je dobrze przygotowywać do odpowiedzialnego życia według zasad Ewangelii. W 2017 roku Katarzyna przejechała do Paragwaju i posługuje w Pastoreo w misji prowadzonej przez ojców werbistów. Obecnie pracuje w szkole rolniczej, prowadzonej przez misjonarzy. Około 120 chłopców i 30 dziewcząt (w wieku 15-18 lat) uczy się w tej szkole jak uprawiać rolę, obsługiwać maszyny i narzędzia rolnicze, jak należy hodować drób, świnie i bydło. Katarzyna „spala się”, służąc młodzieży. Zajmuje się katechezą, przygotowaniem do sakramentów św., podejmuje zadania terapeuty i pedagoga szkolnego oraz prowadzi praktyczne zajęcia z zakresu przetwórstwa. Dużym problemem była w ostatnich latach dewastacja tej szkoły przez  osadników paragwajskich. Obecnie sytuacja poprawiła się. Niedawno władze państwowe znów oddały tę placówkę pod opiekę ojców werbistów.
Misjonarka Katarzyna Parnicka nie jest siostrą zakonną czy osobą konsekrowaną, dlatego tym bardziej potrzebuje modlitewnego wsparcia. Ogromnie ceni sobie modlitwę różańcową, którą porównała do parasola. Jak on stanowi dla nas ochronę przed deszczem, tak różaniec jest obroną przed atakami szatana. Prosiła o takie właśnie modlitewne wsparcie z naszej strony.
Moi Drodzy, od dnia przyjęcia Sakramentu Chrztu świętego każdy z nas należy do Kościoła Katolickiego. Nie zawsze łatwo jest odnaleźć  w nim swoje miejsce. Zapał i entuzjazm, z jakim Katarzyna mówiła o swojej niełatwej pracy, spokój, którym emanowała cała jej osoba, mogą stanowić ciekawy materiał do przemyśleń nad rolą każdego z nas w Kościele Powszechnym. Z dala od rodzinnego domu, ugruntowanych przyjaźni, tego co często usprawiedliwia młodzieńcze zachowania można z pasją służyć Panu Bogu i drugiemu człowiekowi, realizować się. Katarzyna jest tego przykładem. Być może przykład jej misyjnej posługi pomoże komuś zainteresować się misjami. Dla Chrystusa każdy z nas jest ważny i potrzebny. Wszyscy budujemy Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa i zadań jest bardzo dużo. Apostoł Paweł, posługując się porównaniem, że jak w organizmie ludzkim jest tyle tkanek i narządów (oczy, uszy, ręce, nogi…) niezbędnych dla dobrego funkcjonowania, wskazał, że i w Kościele nie można być tylko pasywnym chrześcijaninem. „Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi Jego członkami” (1 Kor 12,27).
Ufam, że modlitwą (choćby jednym dziesiątkiem różańca) wesprzemy misjonarkę Katarzynę i innych misjonarzy, aby nieśli miłość Chrystusa  i Jego Ewangelię tam, gdzie są posłani.

– z zapewnieniem modlitwy – ks. Kazimierz Jóźwik.

Spotkanie z Matką Bożą

Tuż po zakończeniu roku szkolnego, 23 czerwca, udaliśmy się wraz z rodzicami i dziećmi komunijnymi do Matki Bożej na Jasną Górę. Z serca pragnęliśmy podziękować za wszelkie otrzymane łaski i za Jej macierzyńską opiekę, zawierzyć nasze rodziny i całą Ojczyznę. Z pewnością na długo pozostanie w naszych sercach Eucharystia przed cudownym Obrazem Matki Bożej. Dzięki wytrwałości pani Marty Korzeniak, naszej katechetki, dzieci mogły być na Mszy św. bardzo blisko oblicza Czarnej Madonny. Po obiedzie mogliśmy podziwiać panoramę Częstochowy z wieży Klasztoru Jasnogórskiego. Potem zwiedziliśmy Skarbiec i Arsenał. Pomimo siąpiącego deszczu odprawiliśmy na wałach drogę krzyżową. Duże wrażenie wywarły na mnie liczne rzesze mężczyzn, którzy przybyli do tronu Jasnogórskiej Pani w Narodowej Pielgrzymce Mężczyzn. Przed wyjazdem z Częstochowy przedstawiliśmy Maryi wszystkie intencje, w modlitwie różańcowej i obeszliśmy na kolanach ołtarz w kaplicy Cudownego Obrazu. Dobrze jest nam u Matki, która „wszystko rozumie i sercem ogarnia każdego z nas” – jak śpiewamy w znanej pieśni.

W drodze powrotnej zajechaliśmy do Gidli, gdzie w Bazylice Dominikanów jest czczona Matka Boża Gidelska Uzdrowienie Chorych. Zapoznaliśmy się nieco z historią objawień Matki Bożej w tym miejscu w 1516 roku. Otóż pewien rolnik, Jan Czeczek, wyorał na polu niewielką figurkę Matki Bożej z Dziecięciem. Nie przywiązał do tego większego znaczenia, zaniósł do chaty i umieścił w skrzyni z odzieżą. Wkrótce wydarzyło się nieszczęście. On i jego rodzina utracili wzrok. Wówczas pobożna kobieta, która pomagała nieszczęśliwym, zainteresowała się cudowną wonią i światłością bijącą ze skrzyni. Opowiedziała o wszystkim gidelskiemu proboszczowi i odtąd rozpoczął się czas publicznej czci oddawanej Maryi w tym wizerunku. Posążek obmyto z prochu ziemi i przeniesiono do kościoła parafialnego. Wodą, która pozostała po obmyciu, Czeczkowie przetarli swe oczy i natychmiast odzyskali wzrok. Na pamiątkę tego wydarzenia zachował się do dziś zwyczaj „kąpiółki”, to znaczy ceremonialnego obmywania raz w roku figurki w winie. W pełnym ufności i pobożnym przeświadczeniu pątnicy używają wina z tej „kąpiółki” na znak swojej wiary w moc Tej, którą nazywają Uzdrowieniem chorych.

Wszyscy nasi pielgrzymi mogli się zaopatrzyć w małe buteleczki z tym winem, w którym obmyto figurkę Matki Bożej Gidelskiej. Z wdzięcznością za spotkanie z Matką Bożą radośni wróciliśmy do Wierzbna. W  drodze powrotnej wielu z nas wyraziło pragnienie odbycia kolejnej pielgrzymki. Jeśli Pan Bóg pozwoli, to 15 i 16 września udamy się do Krakowa w Pielgrzymce Jubileuszowej naszej diecezji.

Z wdzięcznością – ks. Kazimierz Jóźwik

Majówka Patriotyczna

Uroczyście i radośnie – taki klimat towarzyszył Majówce Patriotycznej. 3 maja nasza wspólnota parafialna upamiętniła i uczciła wydarzenia oraz osoby związane z odzyskaniem polskiej niepodległości. Była to nasza lokalna odpowiedz na apel o włączanie się w obchody 100 – lecia niepodległej Polski. Inicjatorem  i koordynatorem uroczystości był oczywiście niezmordowany w działaniu ksiądz proboszcz Kazimierz Jóźwik. Wspólnie z nami za życie w niepodległej Ojczyźnie dziękowały władze samorządowe, radni  gminni i powiatowi, przedstawiciele lokalnych instytucji i druhowie strażacy.

„Polska jest zespolona sercem wiary. Jej siłą jest wiara Chrystusowa” – słowa Stefana kardynała Wyszyńskiego stały się mottem tego religijno–patriotycznego spotkania. Rozpoczęła je uroczysta msza św. w intencji ojczyzny. W homilii ksiądz Marek Matusik przypomniał m.in., że w trudnych dla nas dziejowych chwilach, to właśnie wiara pozostawała jedyną i skuteczną bronią Polaków. Dzięki niej naród i polskość przetrwały podczas potopu szwedzkiego i w czasach zaborów.

Po zakończeniu eucharystii wszyscy zgromadzeni udali się na przykościelny skwerek. Dokonano uroczystego  odsłonięcia pomnika upamiętniającego rocznicę odzyskania niepodległości. Na potężnym, kamiennym głazie widnieje postać orła z koroną na głowie. Rozpostarte skrzydła królewskiego ptaka zdają się czuwać nad umieszczoną poniżej tablicą z przytoczonymi wcześniej słowami Prymasa Tysiąclecia. Orzeł, towarzyszący od wieków naszej państwowości, symbol siły, majestatu i potęgi , tu w Wierzbnie wydaje się stać  na straży wartości uwiecznionych na kamiennej płycie.

Szczególnym momentem Majówki był Apel Poległych. „ Chwała bohaterom” zgodnie i donośnie płynące z młodych piersi druhów strażaków, wieńczące poszczególne wezwania apelu,  zdawało się płynąc ku Tym, którzy powtarzając za K.I. Gałczyńskim, teraz, w ciepłe dni grzeją się na rajskich wrzosowiskach.  Na ołtarzu ojczyzny złożyli największą ofiarę – swoje życie. Przypomniano m.in. 17 powstańców z oddziału Kazimierza Kobylińskiego poległych podczas powstania styczniowego w bitwie pod Eminem i Świdnem, spoczywających na miejscowym cmentarzu, księdza Stanisława Brzóskę, dowódcę ostatniego oddziału powstańczego, który ukrywał się w pobliskiej miejscowości Stary Dwór i 26 żołnierzy z miejscowego oddziału AK,  wchodzących w skład Batalionu Smoła, uczestników akcji Burza ( całość apelu poniżej).

Oficjalną część spotkania zakończyło złożenie kwiatów pod pomnikiem. Dalsza część uroczystości przebiegała pod hasłem radosnego świętowania niepodległości.  Na scenie, którą na czas majówki stał się ołtarz polowy, obejrzeliśmy część artystyczną w wykonaniu uczniów Szkoły Podstawowej w Wierzbnie. Później nad całe Wierzbno niósł się śpiew pieśni patriotycznych. To mieszkańcy poszczególnych miejscowości prezentowali utwory w ramach majówkowego Przeglądu  Pieśni Patriotycznych, a za nimi w radosny śpiew włączali się wszyscy obecni na uroczystości. Uwieńczeniem naszego „ lokalnego, amatorskiego koncertu” był mini recital dwojga młodych ludzi. Ich interpretacja współczesnych utworów, m.in. Jacka Kaczmarskiego, wzbudziła w słuchaczach autentyczny zachwyt i podziw.  Tak na marginesie, dzięki uroczystości poznaliśmy, jakie muzyczne talenty tkwią w naszej wierzbniańskiej społeczności. Są to : młodziutka adeptka gry na skrzypcach,  Antonina i już z bogatym doświadczeniem gry na gitarze – Radek

„Factum obiit, monumenta manent” – czyn przemija, wspomnienia o nim trwają,  głosi łacińska maksyma.  Mija wiek od tej szczególnej daty, jaką w historii Polski zapisał się rok 1918. W naszej lokalnej społeczności  odżyły wspomnienia ludzi i wydarzeń związanych z niepodległością ojczyzny. Wszystko za sprawą Majówki Patriotycznej.

Małgorzata Wąsowska

Apel poległych

P. Stajemy dziś do uroczystego Apelu Pamięci przed pomnikiem upamiętniającym 100 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Pochylamy głowy w skupieniu i zadumie, aby uczcić pamięć wszystkich poległych w walce o wolną ojczyznę.
Kosynierzy walczący u boku Tadeusza Kościuszki podczas Insurekcji Kościuszkowskiej w 1794 r.  w bitwie pod Racławicami i Maciejowicami. Czytaj dalej

„Wokół krzyża” – droga krzyżowa ścieżkami Wierzbna

Stale nam towarzyszy. Ten przydrożny, codziennie mijany, ten na ścianie w rodzinnym domu czy w zakładzie pracy, ten maleńki noszony na łańcuszku i ten … . Krzyż. Dobrze, że jest fizycznie tak blisko. Jak strażnik naszej tożsamości i pamięci. Nawet przelotne spojrzenie na dwie skrzyżowane belki i rozpięte na nim ciało Boga-Człowieka, przypomina w czym nasze „zbawienie i miłości nauka”.

Jest i drugi krzyż. Ten osobisty, codzienny „dopasowany do naszych ramion”. To krzyż choroby, służby, samotności, niezrozumienia, zniewolenia itp. Jest potrzebny, zbawienny, ale bywa bardzo ciężki. Tak ciężki, że łzy albo rozpacz, które mu towarzyszą sprowadzają go do tylko ludzkich kategorii. Nie zawsze jest ktoś, kto jak Szymon z Cyreny przez chociażby chwilę zechce go nieść razem z nami, ktoś kto jak święta Weronika pochyli się i otrze zapłakane oczy i umęczona twarz. W takich momentach nasza wiara w sens tego, czego doświadczamy wystawiona zostaje na próbę. Bez odpowiedzi niech pozostanie pytanie czy na naszych drogach krzyżowych jesteśmy tak wytrwali jak nasz Mistrz i z tej próby wychodzimy zwycięsko?

25 marca, u progu Wielkiego Tygodnia, wyruszyliśmy z ciężkim, drewnianym krzyżem na naszą Wierzbiańską Drogę Krzyżową. Jej klimat stał się okazją do pochylenia się nad kwestią osobistej relacji wobec krzyża. Czym on dla mnie jest? Czym może i powinien być! Treść i forma rozważań tego, co wycierpiał Pan Jezus dla naszego zbawienia, prowokowały do refleksji. Można było odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie i trwamy przy Tym, który bierze na ramiona ciężki krzyż, z mozołem powstaje z kolejnych upadków, jest obnażany z szat, przybijany do krzyża i umiera. Jestem razem z Nim, analizuję to, czego On doświadcza i spontanicznie wypowiadam słowa wdzięczności, które w tym momencie cisną się na usta. Rodzi się również przekonanie, że Jego krzyż jest dla mnie wezwaniem do rezygnacji z przemocy, jest przynagleniem do heroicznego świadectwa, jest znakiem prawdziwej nadziei i zachętą do oparcia się na Bogu, stanowi siłę do walki ze złem i daje siłę do umocnienia relacji rodzinnych. Na niego mam kierować spojrzenie, gdy po ludzku jest mi ciężko i mój krzyż przytłacza mnie, z niego czerpać siłę w takich momentach.

Oprawa muzyczna, wewnętrzne wyciszenie i dość długa trasa, którą pokonywaliśmy z krzyżem na ramionach sprzyjały przemyśleniom. Jesteśmy wdzięczni p. Agnieszce Leszko za rozważania Drogi Krzyżowej i inspiracje do osobistych postanowień. Oby starczyło nam sił i zapału do trwania w nich w przysłowiowej szarej codzienności.

Przepiękną literacką ilustracją mądrości Pana Boga, która wyraża się również w dawanych nam krzyżach jest opowiadanie Bruno Ferrero pt. „Lazurowa grota”.

Małgorzata Wąsowska

Lazurowa grota

Był człowiekiem biednym i prostym. Wieczorem po dniu ciężkiej pracy, wracał do domu zmęczony i w złym humorze. Patrzył z zazdrością na ludzi, jadących samochodami i na siedzących przy stolikach w kawiarniach.
– Ci to mają dobrze – zrzędził, stojąc w tramwaju w okropnym tłoku.
– Nie wiedzą, co to znaczy zamartwiać się… Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż!
Bóg z wielką cierpliwością wysłuchiwał narzekań mężczyzny. Pewnego dnia czekał na niego u drzwi domu.
– Ach to Ty, Boże – powiedział człowiek, gdy Go zobaczył.
– Nie staraj się mnie udobruchać. Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona.
Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj. Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie.
– Chodź ze Mną. Umożliwię ci dokonanie innego wyboru – powiedział.
Człowiek znalazł się nagle w ogromnej lazurowej grocie. Pełno było w niej krzyży: małych, dużych, wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych.
– To są ludzkie krzyże – powiedział Bóg. – Wybierz sobie jaki chcesz.
Człowiek rzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce zaczął wybierać. Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny. Założył sobie na szyję krzyż biskupi, ale był on niewiarygodnie ciężki z powodu odpowiedzialności i poświęcenia. Inny, gładki i pozornie ładny, gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby pełen był gwoździ. Złapał jakiś błyszczący srebrny krzyż, ale poczuł, że ogarnia go straszne osamotnienie i opuszczenie. Odłożył go więc natychmiast. Próbował wiele razy, ale każdy krzyż stwarzał jakąś niedogodność.
Wreszcie w ciemnym kącie znalazł mały krzyż, trochę już zniszczony używaniem. Nie był ani zbyt ciężki ani zbyt niewygodny. Wydawał się zrobiony specjalnie dla niego. Człowiek wziął go na ramiona z tryumfalną miną.
– Wezmę ten! – zawołał i wyszedł z groty.
Bóg spojrzał na niego z czułością. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę, że wziął właśnie swój stary krzyż ten, który wyrzucił, wchodząc do groty.