Historia Dominiki

Witajcie!

Nazywam się Dominika, mam 26 lat i pochodzę z małej miejscowości pod Warszawą. Od urodzenia choruję na paraplegie, z którą muszę walczyć każdego dnia. W wieku 16 lat choroba postąpiła na tyle poważnie, iż zmuszona byłam usiąść na wózek. Bardzo lubię podróżować i czasem wyrwać się poza moją małą miejscowość, jednak w chwili obecnej nie jestem w stanie sama przemieścić się do innego pokoju, nie mówiąc już o wyjściu na spacer przed dom. Staram się nie poddawać, jestem uśmiechniętą osobą, prowadzę bloga, ale … Wózek, o którym marzę, pozwoliłby mi na samodzielne spacery po okolicy i odciążył moich bliskich podczas wspólnych wypraw. Dzięki niemu moja codzienność przypominałaby moje zdrowe życie, kiedy każde wyjście z domu nie wiązało się z wyczerpaniem i dyskomfortem. Nigdy nikogo nie prosiłam o pomoc, ale postanowiłam spróbować i nieśmiało proszę o pomoc Ciebie. Jeżeli znajdzie się ktoś,  kto zechce mi pomóc i przeleje jakąkolwiek kwotę, będę bardzo wdzięczna i już DZIĘKUJĘ! Razem możemy więcej! …….

Pozwólcie, że w kilku słowach przybliżę Wam moje życie z chorobą.  Nie jest ono usłane różami. Ale po kolei. Zacznę od słów mojej nieżyjącej babci adresowanych do mojej mamy, że powinna nas oddać gdzieś bądź zlikwidować, ponieważ wychowanie takich dzieci to wstyd i hańba dla rodziców i ona by nie chowała takich dzieci. Niestety, nie zapytam o sens jej wypowiedzianych słów, a chciałabym… Tak ogólnie, swoje ułomności zauważyłam w klasie 4 szkoły podstawowej. Być może były one widoczne wcześniej, lecz z całej siły chciałam być taka sama, jak inni i starałam się nie dopuszczać do siebie myśli, że jestem „sprawna inaczej”. Od klasy 5 do klasy 6 pomagała mi Pani ze sklepiku szkolnego.
Zapytacie jak?
Otóż, moi kochani, zawsze na lekcji wf-u i na przerwach chodziłam do sklepiku. Pani mi tak zaufała, że mogłam jej pomagać w sklepiku, obsługiwać i ustawiać towar na półkach. Były to dla mnie niezapomniane chwile. Owszem, zdarzało się, że w tłumie klientów sklepiku ktoś nie chciał być obsługiwany przez moją osobę. Troszkę wtedy mi się robiło zwyczajnie przykro, ale nigdy nikogo nie oszukałam i uwielbiałam pomagać, bo tylko u tej Pani pierwszy i ostatni raz poczułam, co to jest  praca  i jak może ona wyglądać. Z całego serca Jej za to dziękuję (niestety, już nie pamiętam, jak Pani się nazywała).
Tak bardzo chciałam być lubiana i akceptowana przez klasę. Potrafiłam oddzielić szkołę od domu i nie przejmowałam się  słowami innych, bo znałam swoją wartość.
Schody wielkie zaczęły się w gimnazjum. Wtedy poczułam się jak kłoda (niechciana i niepotrzebna), a czemu?
Po pierwsze, jak to w gimnazjum porobiły się grupki i ja byłam odsunięta i nie miałam żadnej prawdziwej koleżanki. Byłam też wyśmiewana przez starsze rocznik, a to  już było ponad moją wytrzymałość. Pewnego dnia powiedziałam mamie, że to dla mnie mega przykre i ja chcę iść do szkoły w Zagórzu. Tydzień później  wpadło na mnie „dwóch byków”, bo się przepychali. Wtedy Pani Dyrektor zasugerowała mamie, że może warto zastanowić się nad zmianą szkoły. Bez zastanowienia odeszłam i na 100% mojej klasie ulżyło, bo już nie musieli mi pomagać (w noszeniu plecaka bądź co gorsze w siadaniu ze mną na godzinie wychowawczej i języku polskim z czym mieli straszny problem). Nie wiem czemu,  hmmm, zawsze się z siebie nabijali, że teraz to ten lub tamten musi siedzieć. Jakbym była ufoludkiem,  który zaraża chorobą. Strasznie wykończyło mnie to psychicznie. Nie wiem czy zdawali sobie sprawę z tego, co robią. Trochę się czułam odpadkiem, którego się wszyscy się brzydzili w tym gimnazjum. W gimnazjum w Zagórzu czułam się zaakceptowana, tylko jeden chłopak mnie traktował jako dziwoląga, jak/zarażę. Ale ludzie w moim gimnazjum a w gimnazjum w Zagórzu to była różnica. W Zagórzu poczułam co to znaczy mieć prawdziwych przyjaciół. Natomiast liceum w Helenowie wspominam bardzo dobrze, a internat był moim drugim domem.  Poznałam tam wspaniałych ludzi.
Pozostają nadal moimi wspaniałymi misiami, ever kocham ich. Takie osoby są na zawsze i dziękuję za każdą osobę,  którą poznałam.
A w obecnej chwili jedynym oknem na świat jest telewizor i telefon.  Żeby wyjść z domu, muszę prosić, a strasznie tego  nie lubię
Ale bardzo wierzę też w przedświąteczne Wasze wielkie serduszka. Także, że jeśli chcesz, to możesz zmienić moje życie. Pozostawiam Wam link do zrzutki, jeśli zdecydujesz się pomóc, wiesz co zrobić
https://zrzutka.pl/h2aynp

Mamy już 10 tysięcy, brakuje mi 15 tys. zł.  Strasznie Wam dziękuję, razem możemy więcej. Zostawiam wam link do zrzutki zachęcając do symbolicznej wpłaty

https://zrzutka.pl/h2aynp.

A dziś chcę Wam pokazać,  jaki ten świat jest mega niesprawiedliwy. Mam dom, fakt powinnam się cieszyć i się cieszę. Ale oglądając amerykańskie wydanie „Dom nie do poznania” zawsze w głębi serca marzyłam, by weszła polska edycja i pojawił się programu „Nasz Nowy Dom”. Zgłaszając się 6 lat temu do programu „Nasz Nowy Dom” i robiąc to 7 razy w ciągu tych 6 lat, opisałam  to, że dogrzewam się dmuchawą i to, że kiedyś przepalił się kabel i gdybym była sama w domu bym się spaliła żywcem… Drugą rzeczą jest elektryka, która  kiedyś spowoduje  zwarcie, bo myszy przegryzają kable. Trzecią rzeczą jest dach, który przecieka i kapie z sufitu. Czwartą rzeczą, która doskwiera i odbiera mi samodzielność, bo nie mogę wyjść z domu, to brak podjazdu . Piątą rzeczą jest nasza toaleta, która jest mega malutka i na wprost wyjścia z domu i gdy ktoś wchodzi, widzi mamę, która mi pomaga z otwartymi drzwiami 🤣🤣

A czemu uważam, że jest niesprawiedliwe ? Ponieważ są osoby, które mają pretensje do programu, że zrobili nie po ich myśli. Boże, gdyby mi wyremontowali dom, skakałabym z radości pod sufit. Dla mnie to śmieszne troszkę, bo ja bym oddała dużo, żeby mi pomogli. Nadal czekam i wierzę, że otworzycie swoje serce na moje potrzeby. Powtórzę, razem możemy więcej!

P.S.

Szanowni Czytelnicy!
Przed Świętami Bożego Narodzenia byłem w domu Dominiki, aby się spotkać i naocznie przekonać się o warunkach materialnych. Autentycznie konieczna jest pomoc. W niedzielę przed Świętami w rodzinnej parafii Dominiki była zbiórka do puszek na wózek i podjazd do domu. Ale jeszcze brakuje kilku tysięcy złotych.
Zapraszam 6 stycznia 2020 r. na Orszak Trzech Króli do Wierzbna o godz. 12.30 (początek przy pieczarkarni) i tam zrobimy zbiórkę do puszek, aby Dominika S. mogła doczekać się upragnionego elektrycznego wózka inwalidzkiego. Być może, że będzie na Orszaku Dominika ze swoją mamą.  To zależy od pogody i samopoczucia Dominiki. Wiem, ze można liczyć na dobre serca.
Kochani! Pomagając Dominice, pomagamy samemu Jezusowi!

– z wdzięczna modlitwą – ks. Kazimierz, proboszcz z Wierzbna

Odeszli do Pana w 2019 roku…

Dni człowieka są jak trawa,
kwitnie jak kwiat na polu.
Wystarczy, że wiatr go muśnie, już znika
i wszelki ślad po nim ginie”.
 (Ps 103)

Śp. Janina Kuśmierczyk (+1.01.2019 r.)
Śp. Czesław Santorek (+4.01.2019 r.)
Śp. Ryszard Wielądek (+8.01.2019 r.)
Śp. Marianna Kuśmierczyk (+6.03.2019 r.)
Śp. Wiesław Makowski (+20.05.2019 r.)
Śp. Adam Jasiński (+5.06.2019 r.)
Śp. Regina Łukasiak (+12.06.2019 r.)
Śp. Albina Wojtyńska (+12.06.2019 r.)
Śp. Helena Mirowska z d. Leszczyńska (+23.07.2019 r.)
Śp. Kazimierz Makowski (+1.09.2019 r.)
Śp. Witold Roman Wielądek (+2.09.2019 r.)
Śp. Marian Wojtyński (+16.09.2019 r.)
Śp. Urszula Gersz (+20.09.2019 r.)
Śp. Stanisław Królak (+25.09.2019 r.)

Każdy dzień przybliża nas ku wieczności, dlatego starajmy się każdą chwilę swego życia przeżyć jak najlepiej: w jedności z Chrystusem i w miłości do ludzi. Nasza Ojczyzna jest w niebie. Przypominam sobie słowa piosenki: „Więc żyjmy jak można najpiękniej, czy wielkie czy szare są dni, bo życie to skarb w naszych rękach i przez nas ma świat lepszy być”.

Dla chwili refleksji zatrzymajmy się nad krótkim opowiadaniem Bruno Ferrero:

„Myślnik”.

Kamieniarz oderwał dłuto od nagrobka i oznajmił: – Skończyłem.
Człowiek obejrzał kamień: fotografia ojca i dwie daty – 1916 i 2000, oddzielone kilkucentymetrowym myślnikiem. Następnie, przechylając głowę, powiedział:
– Nie wiem, jak to ująć, ale wydaje mi się, że to za mało. Widzi pan, mój ojciec przeżył swoje życie w pełni – długie i pełne wydarzeń. Chciałbym, aby intuicyjnie można było ujrzeć jego dzieciństwo w licznej rodzinie, pola obfitujące w zieleń i zwierzęta, ciężką pracę, satysfakcję z dobrych plonów, troskę z powodu burz, suszy… Potem wojnę, mundur, transporty żołnierzy, ranę, ucieczkę z obozu jenieckiego, spotkanie z matką… Narodziny synów, ich dorastanie, małżeństwa, wnuki przychodzące na świat – i chorobę, oczywiście – ale i czułość, miłość, przejęcie, zaangażowanie, długie dni pracy, obawy, niepokoje, radości…
Rzeźbiarz słuchał z uwagą, następnie ujął dłuto i młotek, i czterema szybkimi ruchami wydłużył myślnik pomiędzy datą urodzin i datą śmierci o prawie pół centymetra. Odwrócił się do człowieka i zapytał:
– Teraz lepiej?   

Życie nie może być myślnikiem postawionym pomiędzy dwiema datami.
To każdy moment, jaki przeżyłeś. Teraźniejszość.
Życie jest wszystkim, co masz.

Wizytacja kanoniczna Ks. Biskupa Kazimierza Gurdy w Wierzbnie – 27 października

Wizytacja kanoniczna jest dużym wydarzeniem w życiu każdej parafii. Jest to okazja do zapoznania się przez pasterza diecezji z daną wspólnotą parafialną. W niedzielę 27 października Ks. Biskup Kazimierz Gurda wraz z kapelanem, ks. Leszkiem Borysiukiem, przybył do Wierzbna.
Nasi parafianie z dużym zainteresowaniem czekali na spotkanie z Ks. Biskupem Kazimierzem Gurdą, który od 2014 r. jest pasterzem Siedleckiej Diecezji. Poprzednią wizytację w 2011 roku przeprowadził ks. Biskup Zbigniew Kiernikowski.

Po serdecznym przywitaniu ks. Biskup spotkał się na plebanii z radnymi parafialnymi. Z uwagą słuchał relacji o codziennym życiu parafii, radościach i problemach. Wspólnie zastanawiano się, co należy zrobić, aby zachęcić do systematycznego uczestnictwa we Mszy św. tych, którzy rzadko odwiedzają naszą świątynię. Trzeba zauważyć, że ostatnie liczenie wiernych (20 października 2019 r.) pokazało znaczny wzrost w stosunku do lat ubiegłych uczestnictwa na niedzielnej Eucharystii (frekwencja -47,4%). Ksiądz Biskup podkreślił potrzebę formacji chrześcijańskich rodziców i troskę o przekaz wiary i chrześcijańskich wartości w rodzinach.

Drugim punktem wizytacji była modlitwa na cmentarzu z parafianami. Wierni zgromadzili się przy nagrobku długoletniego proboszcza ks. Leona Rydera (+1980). Pasterz pochwalił porządek na cmentarzu i troskę o mogiły zmarłych. W krótkim słowie przybliżył tajemniczą łączność trzech rzeczywistości Kościoła: Kościoła chwalebnego w niebie, Kościoła pielgrzymującego na ziemi oraz Kościoła cierpiącego w czyśćcu.

Centralnym wydarzeniem tego dnia był (o godz. 12.00) uroczysty ingres Księdza Biskupa Kazimierza Gurdy do parafialnej świątyni i Eucharystia, podczas której młodzież przyjęła Sakrament Bierzmowania. Na progu kościoła przywitał Pasterza Diecezji miejscowy proboszcz w asyście ministrantów. Po krótkim uwielbieniu Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie naszego czcigodnego Gościa w imieniu całej parafii powitała chlebem i solą rodzina Miklaszewskich.

W słowach powitalnych ks. Proboszcz podkreślił, że od objęcia parafii w 2013 r. stara się kontynuować działania podjęte przez swoich poprzedników: ks. Stanisława Dadasa i ks. Jana Mroczka. Z uznaniem mówił, że parafianie w Wierzbnie angażują się w przygotowaniu Orszaku Trzech Króli (już po raz szósty), Festynów Rodzinnych, Dożynek Parafialnych i uroczystości o charakterze patriotycznym. Zaznaczył, że członkinie Kół Żywego Różańca od kilku lat otaczają modlitwą misjonarza z Boliwii ks. Jarosława Dziedzica. Pochwalił też zespół liturgiczny czytający słowo Boże podczas Mszy św. w niedziele i w dni powszednie. W parafii działa grupa młodzieżowego wolontariatu, wspierająca ludzi chorych, samotnych i starszych. Organizuje dzień seniora i wigilię dla ludzi samotnych. Ks. proboszcz zwrócił jeszcze uwagę na bolesny problem nadużywania alkoholu, który degraduje życie wielu ludzi i niszczy rodziny. 

Wielkim przeżyciem dla młodzieży było umocnienie Duchem Świętym w Sakramencie Bierzmowania. W tej grupie znalazło się ośmiu wychowanków z MOW-u w Jaworku. Po Mszy św. Ksiądz Biskup spotkał się z różnymi grupami parafialnymi. Z uznaniem mówił o rodzinach, które formują się w Domowym Kościele, docenił scholę parafialną i grupę liturgiczną, a także podziękował siostrom z Kół Żywego Różańca za wytrwała modlitwę różańcową.

Podczas obiadu w serdecznej braterskiej atmosferze kapłani dekanatu grębkowskiego dzielili się z Ks. Biskupem swoimi radościami i troskami. Następnie w kancelarii Pasterz podpisał księgi parafialne i pochwalił trzytomową kronikę, ukazującą życie parafii na przestrzeni ostatnich 6 lat.

Ksiądz Biskup Kazimierz Gurda jeszcze raz odwiedził Wierzbno we wtorek 29 października. Celem było spotkanie z gronem pedagogicznym i uczniami w Szkole Podstawowej w Wierzbnie oraz w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Jaworku. Czcigodnego Gościa w Wierzbnie powitał p. Krzysztof Zarzycki, dyrektor szkoły. Uczniowie klasy VII zaprezentowali program artystyczny, którego bohaterką była sługa Boża Paulina Jarricot, założycielka Żywego Różańca, osoba, która swoje życie poświęciła wspieraniu działalności misyjnej Kościoła. Ks. Biskup w krótkich słowach adresowanych do zgromadzonych na wspólnym spotkaniu, podkreślił rolę autorytetu nauczycieli i rodziców, w kształtowaniu osobowości dzieci i młodzieży. Zaznaczył przy tym, że dla nas, wierzących, największym autorytetem powinien być Bóg. W Jaworku wychowankowie przedstawili ciekawy program słowno-muzyczny o  Chrystusie Dobrym Pasterzu. Spotkanie zakończyło się w miłej atmosferze przy herbacie.

Chwała Panu za wszystko!

– ks. Kazimierz Jóźwik

Komu potrzebne są misje?

Październik 2019 r. przeżywamy w Kościele jako Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny. Więcej niż zazwyczaj uwagi poświęca się misjom. W naszej Wierzbiańskiej wspólnocie parafialnej o misjach „ jest głośno” już od pewnego czasu. Tematyka ta jest szczególnie bliska księdzu proboszczowi Kazimierzowi Jóźwikowi , który 19 lat pełnił posługę kapłańską na Syberii i sam doświadczył niełatwych realiów rzeczywistości misyjnej. Wielokrotnie nawiązuje do niej i przytacza świadectwa ze swojej pracy w głębi Rosji. Uczula nas, parafian na potrzebę modlitewnego i finansowego wsparcia tych, którzy głoszą Dobrą Nowinę tam, gdzie jeszcze nie dotarła lub powoli ulega zapomnieniu.  Zaangażowanie w sprawy misji naszego proboszcza sprawiło, że od pewnego czasu naszą małą wspólnotę parafialną porównać można do przystani. Przybijają do niej misjonarze pochodzący z naszej diecezji, którzy odwiedzają, najczęściej na krótko, rodzinny kraj, by poprawić nadwątlone zdrowie czy zwyczajnie po ludzku odpocząć. Jednych, ks. Jarka Dziedzica czy ks. Wojciecha Matuszewskiego, można traktować już jako starych znajomych, bo gościli w Wierzbnie wielokrotnie, inni dopiero przecierają szlaki. Dobrze słucha się ich opowieści o niełatwej, ale intrygującej pracy w Boliwii, w Paragwaju czy w Peru.

Warto w tym momencie powrócić do pytania postawionego w tytule artykułu. Szerszy kontakt z osobami związanymi z misjami i problematyką misji sprawia, że odpowiedz na nie  jest już tak prosta i jednoznaczna jak by się to wydawało. Coraz częściej uświadamiamy sobie sprawę, że misje można rozpatrywać w kontekście dosłownym, ale  i metaforycznym. Są one  szansą do poznania Jedynego i Prawdziwego Boga, tam gdzie, nauka o Nim jeszcze nie dotarła. Pozwalają także krytycznie spojrzeć na  nasze miejsce w Kościele, nasze postrzeganie wiary. Nas, którzy wiarę w Boga wyssaliśmy z mlekiem matki (może zbyt górnolotnie), nas mieszkańców kraju z ponad tysiącletnią tradycją chrześcijańską. Świadomość, że w kraju misyjnym kapłan dociera do niektórych miejscowości raz, dwa razy w roku i na udział we Mszy świętej i spotkanie z Panem w Komunii świętej trzeba z niecierpliwieniem czekać, pozwala docenić obecność kapłana na co dzień. Jest on do naszej dyspozycji niemalże w każdej chwili. Luksus, który stał się codziennością, traktowaną jako coś oczywistego.

Posługa tych, którzy pozostawiają wszystko i oddają się głoszeniu Ewangelii, gdzieś daleko, wznoszą tam kościoły, szkoły, sierocińce, organizują  podstawową opiekę medyczną, staje się okazją dla nas, by wspierać finansowo prowadzone przez Nich dzieła. Nie musimy szukać form pomocy potrzebującym. Misjonarze proponują i dyskretnie sygnalizują ogromne potrzeby, z którymi miejscowa ludność  na co dzień się boryka. Dobrze, że przypominają , iż stanowimy jeden powszechny, apostolski  Kościół i jesteśmy za niego odpowiedzialni. Powtarzamy to w codziennej modlitwie, a dopiero zderzenie z inną, odległą od nas rzeczywistością, pobudza do refleksji i twórczego niepokoju.

Czy zatem misje potrzebne są tylko Boliwijczykom, Peruwiańczykom, Kazachom,….?
Tylko zasygnalizowałam problematykę. Ojciec Święty Franciszek powiedział, że wszyscy jesteśmy misjonarzami, nic nie powinno zwalniać nas z tej roli. Nie każdy może zostawić wszystko i wyjechać na misje. Wezwanie Papieża można realizować na wiele sposobów, czasami misje same wychodzą nam naprzeciw.  Wystarczy wnikliwiej spojrzeć lub posłuchać.

Małgorzata Wąsowska

Historia pisana śpiewem

W niedzielę 20 października br. w ramach Miedzynarodowych Dni Jedności Kresowian wystąpiły w naszym kościele parafialnym w Wierzbnie: „Chór Zarębskiego” z Żytomierza i „Trio Ażur” z Winnicy na Ukrainie. Polacy zza wschodniej granicy z wielką miłością i przeżyciem wykonali pieśni patriotyczne i religijne. Dla naszych parafian była to prawdziwa uczta duchowa, a niektórzy nie kryli łez wzruszenia.
Z całego serca wyrażamy wdzięczność Fundacji Pomocy i Więzi Polskiej „Kresy RP” oraz Stowarzyszeniu Klasztor Węgrów – Centrum Dialogu Kultur za ten wspaniały koncert i zapraszamy w przyszłości.

Chwała Panu – z wdzięcznością ks. Kazimierz Jóżwik.