Stale nam towarzyszy. Ten przydrożny, codziennie mijany, ten na ścianie w rodzinnym domu czy w zakładzie pracy, ten maleńki noszony na łańcuszku i ten … . Krzyż. Dobrze, że jest fizycznie tak blisko. Jak strażnik naszej tożsamości i pamięci. Nawet przelotne spojrzenie na dwie skrzyżowane belki i rozpięte na nim ciało Boga-Człowieka, przypomina w czym nasze „zbawienie i miłości nauka”.
Jest i drugi krzyż. Ten osobisty, codzienny „dopasowany do naszych ramion”. To krzyż choroby, służby, samotności, niezrozumienia, zniewolenia itp. Jest potrzebny, zbawienny, ale bywa bardzo ciężki. Tak ciężki, że łzy albo rozpacz, które mu towarzyszą sprowadzają go do tylko ludzkich kategorii. Nie zawsze jest ktoś, kto jak Szymon z Cyreny przez chociażby chwilę zechce go nieść razem z nami, ktoś kto jak święta Weronika pochyli się i otrze zapłakane oczy i umęczona twarz. W takich momentach nasza wiara w sens tego, czego doświadczamy wystawiona zostaje na próbę. Bez odpowiedzi niech pozostanie pytanie czy na naszych drogach krzyżowych jesteśmy tak wytrwali jak nasz Mistrz i z tej próby wychodzimy zwycięsko?
25 marca, u progu Wielkiego Tygodnia, wyruszyliśmy z ciężkim, drewnianym krzyżem na naszą Wierzbiańską Drogę Krzyżową. Jej klimat stał się okazją do pochylenia się nad kwestią osobistej relacji wobec krzyża. Czym on dla mnie jest? Czym może i powinien być! Treść i forma rozważań tego, co wycierpiał Pan Jezus dla naszego zbawienia, prowokowały do refleksji. Można było odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie i trwamy przy Tym, który bierze na ramiona ciężki krzyż, z mozołem powstaje z kolejnych upadków, jest obnażany z szat, przybijany do krzyża i umiera. Jestem razem z Nim, analizuję to, czego On doświadcza i spontanicznie wypowiadam słowa wdzięczności, które w tym momencie cisną się na usta. Rodzi się również przekonanie, że Jego krzyż jest dla mnie wezwaniem do rezygnacji z przemocy, jest przynagleniem do heroicznego świadectwa, jest znakiem prawdziwej nadziei i zachętą do oparcia się na Bogu, stanowi siłę do walki ze złem i daje siłę do umocnienia relacji rodzinnych. Na niego mam kierować spojrzenie, gdy po ludzku jest mi ciężko i mój krzyż przytłacza mnie, z niego czerpać siłę w takich momentach.
Oprawa muzyczna, wewnętrzne wyciszenie i dość długa trasa, którą pokonywaliśmy z krzyżem na ramionach sprzyjały przemyśleniom. Jesteśmy wdzięczni p. Agnieszce Leszko za rozważania Drogi Krzyżowej i inspiracje do osobistych postanowień. Oby starczyło nam sił i zapału do trwania w nich w przysłowiowej szarej codzienności.
Przepiękną literacką ilustracją mądrości Pana Boga, która wyraża się również w dawanych nam krzyżach jest opowiadanie Bruno Ferrero pt. „Lazurowa grota”.
Małgorzata Wąsowska
Lazurowa grota
Był człowiekiem biednym i prostym. Wieczorem po dniu ciężkiej pracy, wracał do domu zmęczony i w złym humorze. Patrzył z zazdrością na ludzi, jadących samochodami i na siedzących przy stolikach w kawiarniach.
– Ci to mają dobrze – zrzędził, stojąc w tramwaju w okropnym tłoku.
– Nie wiedzą, co to znaczy zamartwiać się… Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż!
Bóg z wielką cierpliwością wysłuchiwał narzekań mężczyzny. Pewnego dnia czekał na niego u drzwi domu.
– Ach to Ty, Boże – powiedział człowiek, gdy Go zobaczył.
– Nie staraj się mnie udobruchać. Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona.
Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj. Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie.
– Chodź ze Mną. Umożliwię ci dokonanie innego wyboru – powiedział.
Człowiek znalazł się nagle w ogromnej lazurowej grocie. Pełno było w niej krzyży: małych, dużych, wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych.
– To są ludzkie krzyże – powiedział Bóg. – Wybierz sobie jaki chcesz.
Człowiek rzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce zaczął wybierać. Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny. Założył sobie na szyję krzyż biskupi, ale był on niewiarygodnie ciężki z powodu odpowiedzialności i poświęcenia. Inny, gładki i pozornie ładny, gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby pełen był gwoździ. Złapał jakiś błyszczący srebrny krzyż, ale poczuł, że ogarnia go straszne osamotnienie i opuszczenie. Odłożył go więc natychmiast. Próbował wiele razy, ale każdy krzyż stwarzał jakąś niedogodność.
Wreszcie w ciemnym kącie znalazł mały krzyż, trochę już zniszczony używaniem. Nie był ani zbyt ciężki ani zbyt niewygodny. Wydawał się zrobiony specjalnie dla niego. Człowiek wziął go na ramiona z tryumfalną miną.
– Wezmę ten! – zawołał i wyszedł z groty.
Bóg spojrzał na niego z czułością. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę, że wziął właśnie swój stary krzyż ten, który wyrzucił, wchodząc do groty.